Laktator
Robiłam wczoraj porządki szufladach i natknęłam się na laktator. Cóż to było za ustrojstwo! Nigdy nie nauczyłam się go efektywnie używać.
Kupiłam laktator, a raczej wysłałam szanownego małżonka do sklepu, po tym jak pierwszy raz się nabawiłam zastoju mleka. Jakoś tak wyszło, a że czasopisma dla mam pełne uśmiechniętych kobiet z laktatorem w rękach, myślałam, że będzie to lek na całe zło. I się pomyliłam! Zanim nauczyłam się go w miarę, powtarzam w miarę używać, było dawno po zastoju! Gwoli informacji: najlepszym lekarstwem okazało się częste przystawianie Młodego.
Później stwierdziłam, że skoro moje dziecko nie chce pić z butli, a ja chciałabym jednak czasami się jednak gdzieś wybrać, dam laktatorowi drugą szansę i zacznę odciągać pokarm. I to okazał się już całkiem absurdalny pomysł. Z trzech powodów:
- nie umiałam ściągnąć więcej niż 50 ml mleka i jeszcze zajmowało mi to dobre pół godziny,
- nie miałam kiedy odciągać mleka, bo Mała Żarłoczność wyjadała wszystko,
- Mała Żarłoczność wolała głodować niż wypić mleko z butelki (Olek – jak się później okazało – nie lubił ani butelek, ani mleka odciągniętego, ani modyfikowanego*).
I jak już pisałam, laktator dokończył swojego żywota w szufladzie…
A! Dodam jeszcze, że to był laktator ręczny ISIS Avent. Nie wiem czy źle wybrałam, czy miałam kupić lepiej elektryczny albo jakiś z innej firmy. Tego używać nie umiałam…
*żeby przekonać Olka do butelki stoczyłam niezłą batalię – napiszę o tym przy okazji…