Wspólny poród
Szanowny małżonek czytał coś wczoraj o porodach a dokładnie o kobiecie, która miała traumę, po tym jak mąż oglądał ją przy porodzie. Może nie wchodźmy w szczegóły, chciałam tylko napisać jak to u nas było.
Od początku szanowny m. mówił, że chce być ze mną w tym ważnym momencie. Stwierdził, że nie wyobraża sobie, żeby miało go nie być przy tym jak będzie się rodzić jego syn.
I był. Nie wyobrażam sobie porodu bez jego wsparcia. Ciągle stał obok, pomagał wstać, usiąść, umyć się. Trzymał mnie za rękę. Z nim było mi raźniej i bezpieczniej, nie czułam się osamotniona wśród obcych ludzi. Wszystko skończyło się w końcu cesarką (o tym jeszcze kiedyś napiszę), więc nie dane mu było niestety doczekać porodu sensu stricto ale i tak było to dla mnie i dla niego – tak myślę – najważniejsze wydarzenie w życiu.
A jeśli chodzi o przeżycia , że tak powiem poporodowe to mówił, że nie ma żadnych urazów z tym związanych, bo też nie spodziewał się, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Wydaje mi się, ba jestem pewna, że poród zbliżył nas do siebie, szanowny małżonek zyskał w moich oczach za udzielanie mi wsparcia, a ja w jego – tak mówił – że to wszystko jakoś wytrzymałam. Myślę, że następne dziecko (jeśli będzie) też urodzimy razem.
Ps. Dziękuję, Kochanie.