Zastrzyki przeciwzakrzepowe Clexane
Niby tylko trzy lata minęły od moje poprzedniej cesarki, a tu się wiele pozmieniało. Przykładowo, teraz jeszcze przez dwa tygodnie od powrotu do domu trzeba robić sobie zastrzyki przeciwzakrzepowe.
I muszę napisać: średniawka! Nigdy w życiu sama nie musiałam sobie robić zastrzyków. Strzykawka specjalna, z krótką igłą, ale i tak jakoś mnie nie przekonuje. Najpierw prosiłam małżonka: póki miał robić zastrzyk w rękę, było ok, ale na hasło, że bijemy w brzuch, podziękował przerażony. A w rękę już nie można, bo się od dziadostwa ;-) siniaki robią i nie wygląda to za dobrze. Z ciężkim sercem więc kłuję się w brzuch i odliczam strzykawki w pudełku. Na szczęście zostały tylko trzy!
A! Przy pierwszym zastrzyku w ogóle było nieciekawie, bo na końcu strzykawki była bańka powietrza. W instrukcji napisano, że tak ma być… ale i tak miałam wizję powietrza w żyłach, w sercu i od razu zawału ;-)
Cóż, uroki macierzyństwa ;-)
Przesadzasz. Co maja powiedziec chorzy na cukrzyce jak musza nawet kilka razy dziennie robic zastrzyki.
Szczerze im współczuję…
A mi zastrzyki się wreszcie skończyły! Hurra! Niech jeszcze tylko zejdą te siniaki.
A ja miałam cesarkę rok temu i dostałam tylko jeden zastrzyk w szpitalu… Czyżby aż tak sie znowu pozmieniało? ;) gratuluje córeczki :)
Ciekawe jak to jest z tymi zastrzykami. Gdy się zapytałam po co to, usłyszałam tylko, że to jakieś nowe zalecenia. Ale czy szpitalne czy ogólnokrajowe, nie wnikałam.
Może trzeba zapytać wujka googla :)